RSS
niedziela, 21 stycznia 2007
Grbavica - Jasmila Zbanić



Złoty Niedźwiedź na berlińskim festiwalu na ogół jest gwarantem dobrego kina. I trochę żal, że filmy tam nagrodzone nie zawsze wchodzą do polskich kin (jak zeszłoroczny U-Carmen eKhayelitsha lub film twórcy Drogi do Guantanamo – Na tym świecie) lub wchodzą z dużym opóźnieniem jak Spirited Away: W krainie bogów (dwa lata po światowej premierze trafia do Polski), w ostatnich latach chlubnym wyjątkiem był Głową w mur, który już kilka miesięcy po premierze światowej trafił na polskie ekrany.




W 2006 roku Berlinale niespodziewanie wygrał (i to w kilku kategoriach) film J. Zbanić pt. Grbavica (na rynku brytyjskim bądź francuskim znany jako Esma’a Secret). Było to o tyle zaskakujące, że film był bardzo rzadko wymieniany w gronie faworytów – o wiele rzadziej niż np. Droga do Guantanamo. Sama autorka filmu Jasmila Zbanić, przy werdykcie nie kryła zdziwienia: Będę bardzo spokojna, bo to wszystko tylko mi się śni i za pięć minut obudzę się w Sarajewie. Śnię o tym, że jestem na tej scenie, śnię o tym, że jestem w Berline. Film od tego weekendu można zobaczyć w polskich kinach – oczywiście jak się ma szczęście, ponieważ jest grany tylko w nielicznych miejscowościach.



Jasmil Zbanić to utytułowana reżyserka filmów dokumentalnych, Grbavica jest jej fabularnym debiutem, debiutem niezwykle udanym. Widać tu ogromne doświadczenie wyniesione z dokumentów, autorka nie manipuluje nami, przedstawia nam obraz z lekkim dystansem - to widz ocenia i wyrabia sobie zdanie o tym co widzi.



Sama fabuła filmu nie jest skomplikowana, tytułowa Grbavica to dzielnica Sarejewa, która w trakcie wojny bałkańskiej została zmieniona w obóz jeniecki dla muzułmanów. Na ekranie przyglądamy się losom dwójki mieszkańców Grbavicy – samotnej matki Esmy oraz jej 12letniej córki Sary. Poznajemy je w momencie zorganizowanie klasowej wycieczki, na którą Sara bardzo chce jechać, a Esma niezbyt ma pieniądze (200 euro jest dla niej sporym wydatkiem). Esma podejmuje pracę w nocnym klubie – dodatkowo w dzień jest krawcową oraz pobiera pieniądze z unijnego funduszu dla ofiar wojny. Wybawieniem z niekorzystnej sytuacji ma być zwolnienie z opłat dzieci, które straciły podczas wojny swoich szahidzkich ojców – Esma zawsze powtarzała, że ojciec Sary był szahidzkim bohaterem..



Na tym etapie łączymy się z bohaterami, sama historia jest prosta i uczciwie opowiedziana, jednakże nie za to film dostał nagrody. Ciekawsze rzeczy dzieją się jakby w tle, gdy zaczniemy zdzierać kolejne plastry. Film opowiada o losach okaleczonych mieszkańców Sarajewa, obserwujemy bośniackie pokolenie kolumbów i ich dzieci. Wydaje się nam, że patrzymy na normalne europejskie miasto. Fakt, że na niektórych murach mamy ślady dziur po nabojach, ale równocześnie widzimy narodziny kapitalizmu. Poznajemy układy miasta, gdzie mafia ma nadal dużo do powiedzenia, słuchamy propozycji płatnych morderstw i słyszymy teksty a’la: „Czasem myślę, że podczas wojny ludzie bardziej się kochali”.



Z każdą sceną czuć coraz większą traumę, którą dźwigają mieszkańcy Sarajewa, czuć niezabliźnione rany, które nierzadko nie zabliźnią się do końca życia. Widzimy twardą prozę życia. Problemy nastolatków, są inne niż w Polsce, w Sarajewie wylewa się łzy jeśli twój tata nie był Szahidem. W Grbavicy oglądamy zabawy dzieci z pistoletem, zresztą pistolet odgrywa główną rolę w kulminacyjnej scenie filmu..



Jest to ten typ filmów, które wynosi się ze sobą z sali kinowej. Zbanić opowiedziała nam historię w sposób bezpośredni i prosty, unikała efektów specjalnych i melodramatycznych dodatków – opowiedziała nam pozornie zwykłą historię - dialogi są niewymuszone, podobnie jak gra aktorów (na szczególne pochwały zasługuje Miriana Karanović – znana z filmów Kusturicy). No i oczywiście Sarajewo w tle, miasto w Polsce kompletnie nieznane. Wszystko to tworzy piękny, uczciwy obraz ukazujący okaleczenia, które zostawia po sobie wojna. Wojna, której w filmie pozornie nie ma, a którą pomimo tego czuć w każdym kadrze.



Grbavica jest alternatywnym filmowym komentarzem na temat wojny bałkańskiej do Underground’u Kusturicy. Oba tytuły jednak więcej różni niż łączy (mimo dotknięcia przez Zbanić podobnego tematu forma i wnioski są inne), podobnie jest z ich autorami. Zbanić wielokrotnie wyrażała się krytycznie o Kusturicy – który jest niejako zdrajcą, bo przecież pomimo, że urodził się w Sarajewie, wyrzekł się swojego bośniackiego pochodzenia, wyprowadził się do Belgradu i uznał się za Jugosłowianina. Smaczku dodaje zaproszenie przez Zbanić do swojego filmu najlepszej aktorki Kusturicy, czyli wspomnianej już Karanović. Osobiście nieważne są dla mnie wzajemne prztyczki z jednej czy z drugiej strony, cieszę się, że na mapie mistrzów tworzenia filmowych fabuł przybyło nam kolejne ważne nazwisko. Miejmy nadzieję, że kolejne filmy będą równie dobre.



Z ciekawostek Wikipedii - mało kto wie o tym, ale dzisiejsze Sarajewo jest podzielone na część chorwacko-muzułmańską i serbską. Wydzielenie serbskiej części Sarajewa, nieoficjalnie nastąpiło w wyniku podpisania układu pokojowego w Dayton w 1995 roku, a tym samym wskutek podziału Bośni i Hercegowiny na dwie części: Federację Chorwacko-Muzułmańską i Republikę Serbską. Serbskie Sarajewo istnieje oficjalnie od grudnia 1998 roku. Jednak nie jest częścią właściwego Sarajewa, tylko drugim miastem. Przed ostatnią wojną w byłej Jugosławii, oba Sarajewa stanowiły jedną całość. Serbskie Sarajewo jest zamieszkiwane w 98% przez Serbów. Między oboma miastami nie ma muru granicznego, jak było to kiedyś w przypadku Berlina. Mieszkańcy Sarajewa właściwego i Sarajewa Serbskiego, mogą swobodnie przechodzić z jednej części miasta do drugiej. Serbskie Sarajewo jest biedniejsze od Sarajewa właściwego i bardziej zniszczone po ostatniej wojnie. Występuje tu ogromne bezrobocie. Znajduje się tutaj Uniwersytet Wschodniego Sarajewa.

Poniżej zamieszczam kilka zdjęć Grbavicy znalezionych w internecie.



 





I tradycyjnie trailer (niestety znalazłem tylko z dubbingiem, jeśli się nie mylę włoskim :/ ) oraz link do oficjalnej strony filmu.


czwartek, 18 stycznia 2007
Kupując kota w worku - Wydawnictwo Otwarte

Mamy XXI wiek, w Polsce od ponad 16 lat panuje kapitalizm, a co za tym idzie – wolny rynek. Nasze rodzime przedsiębiorstwa imają się coraz ciekawszych i odważniejszych sposobów by pokonać konkurencję. Również działania marketingowe zaczynają być coraz bardziej interesujące. Reklamują się już nie tylko ogromne korporacje usługowe, marketing dzisiaj wkrada się nawet do szkół czy osiedlowych bibliotek. Nic dziwnego, że na polu wydawnictw książkowych kwitnie coraz więcej marketingowych kwiatków.

 

Do tej pory polskie wydawnictwa ograniczały promocję swoich książek głównie do wieczorów autorskich czy wywiadów i recenzji w prasie. Od niedawna reklamy promujące książki zaczęły pojawiać się również na billboardach (pierwszym wydawnictwem było Amber) jak i nawet w telewizji (tu rzec jasna rzadziej ze względu na ogromne koszty). Sposobów na reklamę jest multum, w przyszłości postaram się napisać jak promowane były największe gwiazdy polskiego rynku wydawniczego, a dziś skupię się jedynie na pewnej stokrotce z naszej łąki.

 

Bohaterem njusa jest młode, krakowskie Wydawnictwo Otwarte. Do księgarni wchodzimy, widząc wywieszkę „otwarte”. W Internecie otwieramy strony, które nas interesują. Przyjaciół przyjmujemy z otwartymi ramionami i cenimy ich, bo możemy się przed nimi otworzyć. Jeśli chcemy powiedzieć coś ważnego, mówimy to otwarcie. Wydawnictwo, jeśli się nie mylę, ma niespełna rok i od początku swojej działalności wzięło się ostro do pracy.

Chcemy wydawać tylko takie książki, które niezliczonym rzeszom czytelników sprawią niekłamaną przyjemność i na które czeka się z niecierpliwością. Chcemy wywołać u odbiorców wiele silnych, pozytywnych wzruszeń. Chcemy, drodzy Czytelnicy, żebyście się razem z nami śmiali, bali, złościli, płakali, a przede wszystkim dobrze bawili.Nie znamy gotowych recept na poczytne książki, ale wiemy, że autorzy mają mnóstwo pomysłów i niejeden z nich zawiera materiał na bestseller godny Carlosa Ruiza Zafóna, Stephena Kinga czy Danielle Steel. Pamiętamy też, że to czytelnicy zawsze wybierają najlepiej!

Powyżej kursywą przekleiłem zdanie „o nas” ze strony wydawnictwa. Już po powyższym widać, że redakcja nie ma ambicji, by wydawać książki wybitne, innymi słowy wydają by zarobić, szukając polskich odpowiedników Daniele Steel czy J. Grishama. Nie mówię, że jest to złe, bo przecież na rynku jest miejsce dla różnej literatury. Tak jak wspomniałem redakcja wzięła się mocno do pracy, dzięki wydawnictwu możemy przeczytać debiut książkowy Agnieszki Maciąg (tak, tej modelki) czy debiut współscenarzysty popularnego serialu „M jak miłość” oraz kolejną książkę Martyny Wojciechowskiej. Osobiście mam nadzieję, że wydawnictwo wkrótce wyda kilkutomową powieść scenarzysty innego popularnego serialu, również na „M” czyli „Mody na sukces”, bądź kryminał Dody.

                    

Jednakże oprócz wydawania książek wydawnictwo dba o promowanie książek, i o ile dobór autorów może się nie podobać to na płaszczyźnie promocji warto redakcję docenić. Najnowsza książka, kryminał Sue Crafton o niezwykle oryginalnym tytule – „C jak cisza”, jest sprzedawana – uwaga! – w czarnym worku! Pomysł iście ciekawy i na pewno wart opisania, aż boję się pomyśleć kolejnych inicjatyw - wolna pozostaje choćby trumienka.

     

Kończąc, chciałbym życzyć wydawnictwu wszystkiego dobrego,  na pewno będę z ciekawością śledził jego losy na rynku wydawniczym, mając nadzieję, że oryginalne pomysły się nie skończą. Osobiście mam trochę żalu, że w czarnym worku nie wyszła książka choćby Świetlickiego, którego humor i tematyka jak najbardziej pasowałaby do takiej formy wydania.

 
1 , 2 , 3 , 4

Kontakt