RSS
sobota, 17 lutego 2007
5NIZZA w Polsce!
O Ukraino, o Lwowie! Z tęsknotą patrząc za wschodnią granicę słucham 5’nizzy, dźwięk gitary i wokal, wokal i gitara rozpływa się po pokoju, miękko osiadając po kątach, zapalasz papierosa, odprężasz się...

Kilka dni temu w internecie gruchnęła wieść, że jeden z najbardziej znanych ukraińskich zespołów odwiedzi Polskę. Zagra tutaj dwa koncerty, jeden w Warszawie, a drugi we Wrocławiu. Stąd pomysł, by niektórym z was przedstawić tę grupę.

5`nizza (czytaj pjatnica) to po rosyjsku piątek – skąd pomysł na nazwę? Nie mam pojęcia, na pewno jest to muzyczny piątek, piątek spędzony na imprezie przy dobrej reaggowej muzyce, piątek z uśmiechem na twarzy i w duszy, piątek, o którym długo się pamięta.. W skład zespołu założonego w 1998 roku w Charkowie wchodzą: Andriej Zaporożec i Siergiej Babkin. Pomimo zerowej promocji i praktycznie podobnej dystrybucji zespół dzięki internetowi podbił serca fanów muzyki z Europy Zachodniej jak i Stanów. Muzyka 5’nizzy to połączenie reagge, hiphopu, beat boxu i soulu – dodając do tego wschodnią dzikość i naturę, z głośników słyszymy połączenie Boba Marleya z rosyjskimi bardami takimi jak Włodzimierz Wysocki.

Grupa do tej pory wydała 2 albumy studyjne plus jeden koncertowy, w planach jest kolejna płyta (między innymi ten nowy materiał zostanie zaprezentowany na koncertach w Polsce). Koncerty w wykonaniu 5’nizzy to coś co fani lubią najbardziej – żywioł, trans oraz misterium, w którym uczestniczy zarówno publika jak i zespół. Co ciekawe taki efekt zespół osiągnął nie używając praktycznie instrumentów – artyści używają jedynie gitary oraz swoich głosów – pomimo tego linia melodyczna utworów jest urozmaicona i interesująca. Polecam wpisanie hasła 5’nizza na youtubie, jest mnóstwo fragmentów koncertów plus kilka wizyt w studiach telewizyjnych, sam ograniczyłem się do wklejenia dwóch jutubowskich tracków na bloga.

Koncerty w Polsce odbędą się na przełomie maja i czerwca, będą miały miejsce w warszawskiej Stodole oraz wrocławskim Firleju. Co ciekawe są to pierwsze koncerty zespołu na zachód od Ukrainy, wcześniej grupa ograniczała się do koncertowania w ojczystym kraju oraz w Rosji. Kolejną atrakcją wizyty w Polsce jest powiększenie się zespołu o dodatkowych muzyków z Rosji i Mołdawii. Podejrzewam, że sale w obu polskich miastach będą zapełnione po brzegi, bo przecież już nie tylko w internecie można usłyszeć zespół, ale i coraz częściej puszczają go radiowe stacje, nakręcając jeszcze bardziej popularność grupy. Ze swojej strony gorąco polecam.

Oficjalna strona grupy

Polska strona o zespole

No i oczywiście strona, która gorąco polecam fanom Europy Wschodniej (tu podstrona o 5`nizzy)




poniedziałek, 12 lutego 2007
Wielka Cisza, Philip Groening

Pierwsza wycieczka na Wielką Ciszę Philipa Groeninga zakończyła się niepowodzeniem – powód - brak biletów. Za drugim razem udało się, choć przyznam, że sala kinowa była wypełniona do ostatniego miejsca. Gdzie tkwi sekret tego trzygodzinnego filmu, w którym dialogów jest raptem dwie minuty? Dodając do tego brak jakiejkolwiek muzyki oraz akcji zaczynamy patrzeć na ten obraz z lekkim podejrzeniem.

Dokument Groeninga zdobywca nagrody na festiwalu Sundance oraz Europejskiej Nagrody Filmowej pokazuje surowe życie w klasztornych murach. Co ciekawe jest to pierwszy film dziejący się za murami klasztoru Grande Chartreuse we francuskich Alpach – jednego z najbardziej surowych klasztorów na świecie – poprzednia wizyta osób postronnych odbyła się w 1960 r., kiedy to została tam wpuszczona dwójka dziennikarzy. Reżyser na zaproszenie czekał ponad 15 lat, w międzyczasie o prośbie sam zapomniał, a wtedy nadeszła:

Duży Format: Jak doszło do realizacji filmu dokumentalnego „Wielka cisza” o kartuzach? Grande Chartreuse to klasztor daleko w Alpach, o surowej regule, mnisi składają śluby milczenia. Podobno czekał Pan na zgodę ponad siedemnaście lat?

Philip Groening: Nie czekałem, bo w ogóle nie liczyłem, że to się uda.

Kiedy wpadłem na ten pomysł, miałem dwadzieścia cztery lata, skończyłem właśnie swój pierwszy studencki krótki film, byłem strasznie zestresowany, zagubiony i chciałem się wyciszyć. Wymyśliłem, że połączę pobyt w klasztorze z pracą i zrobię o tym film.

Szukałem odpowiedniego miejsca. Były klasztory, które zgodziłyby się mnie przyjąć, np. trapiści, ale to nie było to, czego szukałem. Trapiści wszystko mają wspólne, wszystkim się dzielą, a dla mnie – mam naturę pustelnika – podstawową wartością było życie indywidualne, w odosobnieniu. Sposób życia kartuzów był mi bliższy. Kiedy zgodzili się, by odwiedzić jeden z ich mniejszych klasztorów – od razu poczułem się u nich jak w domu.

Starałem się o dłuższy pobyt i zgodę na kręcenie filmu w słynnym klasztorze Grande Chartreuse, ale odpowiedzieli, że przyjęli właśnie nowych mnichów, więc dopiero za jakieś trzynaście lat. Jak się ma dwadzieścia parę lat, a ktoś mówi: „Proszę przyjechać za trzynaście”, to myśli się, że to odmowa.

DF: Jak odezwali się po tylu latach?

PG: Nagle, bardzo wcześnie rano zadzwonił telefon. Było to w berlińskim mieszkaniu, w którym znalazłem się przypadkowo, bo od lat już tam nie mieszkam. [...] a tu nagle dzwoni jakiś mężczyzna i mówi do mnie po francusku. Byłem totalnie zaskoczony.

DF: Co powiedział?

PG: Zapytał: „Czy pan jest tym człowiekiem, który chodził do szkoły filmowej w Monachium i odwiedził klasztor kartuzów w 1986 roku?”. Mówię, że tak. On: „W takim razie wielebny ojciec przeor prosił, żebym zapytał, czy pan jest dalej zainteresowany zrobieniem o nas filmu”. Pytam zszokowany: „Jak to? Dlaczego akurat teraz?”. A on: „Nie wiem, wielebny przeor poprosił tylko, żebym zadał panu to pytanie”. Ja, że tyle lat minęło, że muszę pomyśleć. A on: No to niech pan myśli”, i dał mi numer telefonu.

Na koniec powiedziałem: „Mieliście niesamowite szczęście, że mnie tu złapaliście”. A on: „Może pan uważa to za szczęście, ale my dzwoniliśmy tu codziennie od sześciu tygodni. Nazwałbym to raczej cierpliwością”.


Autor oczywiście miał szereg nakazów i zakazów dotyczących pobytu w klasztorze: reżyser nie będzie używał sztucznego światła, nie podłoży muzyki ani nie opatrzy filmu komentarzem. Może pokazywać materiał na festiwalach, ale nie w konkursie. Do klasztoru wejdzie bez ekipy i będzie musiał pytać mnichów o zgodę na ich filmowanie etc. Dzięki takiemu rygorowi film mógł nabrać klasztornej surowości.

- Nie chciałem robić filmu o zakonie, tylko o byciu mnichem - twierdzi Philip Gröning. I faktycznie jako widzowie czujemy się jak przed monitorami Wielkiego Brata. Podglądamy zakonników w codziennych pracach, kontemplacjach, obserwujemy nabożeństwa oraz widzimy jak potrafią się bawić (ujmująca scena zjeżdżania po śniegu na zakonnych pośladkach z pobliskiej górki). Początkowo broniłem się przed ciszą i rygorem życia przedstawionym na ekranie. Należy zauważyć, że jako widzowie sami jesteśmy przez 3 godziny zakonnikami, w ciszy i skupieniu towarzysząc w codziennej modlitwie braciom kartuzom. Uwierzcie, ciężko jest się przestawić na te zupełnie odbiegające od normy tryby, bo coś w nas automatycznie protestuje, jednakże z czasem po przejściu „na drugą stronę” zaczynamy odczuwać radość. Skąd się to bierze? Wydaje się, że to świadomy zabieg reżysera - na festiwalu Era Nowe Horyzonty podobno powiedział, że nie chciał zrobić filmu o klasztorze, lecz chciał stworzyć klasztor na ekranie. I stworzył go.

Niestety film ma również minusy. Oczywiście film nie jest dla wszystkich, tutaj prawdopodobnie większość widzów jest zgodnych, dlatego nie dziwiło mnie, że pod koniec seansu sala kinowa nie była już tak szczelnie wypełniona jak na początku. Drażni szczególnie powtarzanie co kilka, kilkanaście minut tych samych cytatów, wydaje się, że taka tautologia nie do końca obrazowi służy, przy okazji zawężając możliwość interpretacji. Można również przyczepić się do sposobu filmowania, momentami miałem wrażenie, że autorowi bardziej zależy na formie niż na treści. Niektóre sceny były maksymalnie wydłużone, do tego pojawiało się sporo artyzmu, scen typowo poetyckich, których natężenie chwilami nie pasowało do rytmu obrazu, a także do chwili, w której wchodziły. Prawdopodobnie film dało się zamknąć w dwóch godzinach nic nie tracąc na wydźwięku.

Jeżeli szukamy odpowiedzi na pytania a’la: dlaczego bracia zdecydowali się na taki sposób życia, to bezpośrednio na pewno tego się nie dowiemy, pośrednio jedynie po części. Reżyser skupił się tylko na pokazaniu nam codzienności, zakonnego sposobu na życie i praktycznie nic więcej. Osobiście zaszufladkowałbym film do tych z gatunku reality tv. Choć temat jest bardziej wysublimowany, a sposób filmowania jak i montaż jest na wyższym poziomie niż Big Brother, to jednak jest tu dużo podobieństw. Być może stąd popularność filmu w Europie Zachodniej, gdzie zdobył on sukces komercyjny.

Kilka zdań o bohaterze filmu, czyli klasztorze Grande Chartreuse: Zakon kartuzów został założony w 1084 przez św. Brunona z Kolonii (1030-1101) i uważany jest za zakon o najbardziej surowej regule w kościele katolickim. Klasztor pustelników został założony i ulokowany w górach nieopodal Grenoble, we Francji. Mnisi poświęcili się całkowicie służbie Bogu i życiu duchowemu. Każdy klasztor kartuzów jest ekonomicznie niezależny i samowystarczalny. Mnisi poświęcają się zatem zajęciom rolniczym i rzemieślniczym. W klasztorze istnieje system kompensacji, na podstawie którego biedniejsze domy dostają pomoc ze środków, które w głównej mierze pochodzą z produkcji słynnego likieru. Pustelniczy sposób życia, skupienie na modlitwie, studiowaniu i pracy fizycznej nie zmienił się praktycznie po dziś dzień. Kartuzi poszukują Boga w samotności i na trzech różnych poziomach: odizolowania od świata, życia we własnej celi oraz duchowej samotności lub, jak nazywają to mnisi, „samotności serca”. Zakonnicy opuszczają klasztor raz w tygodniu w czasie spaceru, podczas którego mogą rozmawiać. Z reguły nie przyjmują odwiedzin, nie używają radia ani telewizji. Informacje o tym, co dzieje się na świecie uzyskują od przeora. Stwarza to niezbędne warunki do zachowania ciszy. Dwa razy w roku, w czasie nazywanym przez nich okresem „kontemplacji”, mogą odwiedzać ich członkowie rodziny. Mnisi mieszkają w celach umieszczonych w parterowych budynkach otoczonych ogrodem. Spędzają większą część dnia w samotności.

I jedna rzecz, której mi brakuję – prawdopodobnie nie zgodził się na to przeor (choć sądzę, że częściowo zakaz dało się ominąć) – nie ma ani słowa o likierze produkowanym przez zakonników. Dlatego obok kilka słów na jego temat: Mnisi z La Grande Chartreuse pozostawili przepis na „eliksir długowieczności” pochodzący z 1605 roku. Receptura składała się z ponad 130 składników i była tak skomplikowana, że kartuskim aptekarzom zajęło 100 lat zanim wyprodukowali pierwszy likier. Do dzisiejszego dnia trunek zawiera przyprawy, zioła, kwiaty i wyciąg z korzeni zalanych alkoholem. Bardzo szybko zielony eliksir zawierający 71% alkoholu zaczął być pity dla przyjemności, nie dla zdrowia. Jednak kiedy w 1832 roku epidemia cholery zaatakowała Francję, kartuzi znowu użyli eliksiru dla celów medycznych. Kilka lat później mnisi wypreparowali delikatniejszy wariant ziołowego likieru z zawartością 55% alkoholu, nazywany żółtym kartuzem, ze względu na swój kolor. Do dziś mnisi tworzą ten ziołowy likier według sekretnej recepty, choć przy pomocy bardziej nowoczesnych technologii.

No i tradycyjnie poniżej trailer oraz strony warte uwagi:

Oficjalna polska strona
Dobra recenzja
Strona klasztoru





 
1 , 2

Kontakt