RSS
wtorek, 01 sierpnia 2006
Nazwijmy się świat

Godzina 17:40 po załatwieniu formalności wsiadłem w samochód, wracałem do Siedlec. Temperatura nie słabła nadal ponad/około trzydziestu stopni. Piątkowe korki w Warszawie, godzinne przeciskanie się przez wąski gardziel wyjazdowy. Na trasie tłok, bo ci co stali w korkach jechali również za miasto.

No i wtedy podczas tego powrotu do Siedlec, dostałem smsa od ciebie. No i szok. Jego treść mnie zniszczyła, zszokowała, zatkała. I nagle ze 140 km/h zrobiło się 80, zwolniłem, zwolnił świat, przestałem żyć, jakby śmierć kliniczna, jakby śmierć chwilowa. Podniosłem się i podniosłem telefon, tel do irl, telefon prawdy, za oknem ciepło, w aucie gorąco i duszno, w mojej głowie upał.

Skończyło się dobrze ale ile nerwów, jaki wkurw, nagłe przyspieszenie do 160 km/h i pisanie smsa, spojrzałem na jezdnie z naprzeciwka pędziło bmw, na pewno nie wolniej niż ja, rozdziawione usta. Prosto na mnie, a ja prosto na niego. W ostatniej chwili telefon upadł i ja opadłem wraz z samochodem na prawą stronę jezdni. Żyję słonko, żyj i ty.

Wieczory są upiorne bez ciebie, masa używek we krwi, króluje piwo. Przyjechał M. z Francji i pomagał zapominać, upijaliśmy się w piątkowy wieczór w plenerze. Upijał się świat, miasto kroczyło chwiejnym krokiem, na czele miasta stałem ja. Z orkiestrą szliśmy, szło miasto. Dotarłem do łóżka sam, usnąłem.

Sobota. Dotarliśmy do Warszawy. W pięciu. Otworzyłem drzwi do mieszkania, drzwi do imprezy, siedzieliśmy całą noc. Chciałem coś powiedzieć tuż nad ranem, ale usnąłem, usycham tu w Polsce czekając na ciebie. I wiesz ten świat to coś więcej niż ja i ty, lecz nie potrafię tego pojąć. <> przecież znaczy drogę, szlak, <> jest, i <> cierpi z braku cię.


Kontakt