RSS
niedziela, 25 września 2005
przypowieść o uczciwym sokiście
godzina 6.30, piątek, poranek. mam dziś opuścić rodzinne miasto i powitać miasto stołeczne, ma mi dopomóc pociąg o 7.20, ten szybszy pociąg. godzina 7.00 jestem na dworcu i kupuję bilet, studencki poproszę. 7.05 wychodzę szukać peronu, chodnik świeci za jasno, jest za wcześnie i powinienem spać, okej doszedłem, peron numer dwa.

jest rano i mam wkurwa, widzę cały ten syf, jak z kolumny zwisa przedwyborcze ogłoszenie, jak pani koło mnie krzywdzi język i popełnia co chwilę rażące błędy i myślę sobie, że tak wygląda elektorat samoobrony, kurna! nie wytrzymam! muszę dodać, że dochodziła 7.10 i jeszcze tego dnia nic nie paliłem. chcę mi się palić. wyciągnąłem marlboro lighta, zapalniczka cyk, coś zatrzeszczało i łapię pierwszego bucha, jest spoko.

podchodzi do mnie sokista i prosi abym zgasił, pytam się czy to konieczne bo mam jeszcze połowę, mówi, że konieczne, gaszę więc papierosa, a on wyciąga notes i zaczyna coś skrobać, ja jeszcze śpię i się wkurzam bo nie spaliłem dziś fajka, patrzę co on tam robi. a on się patrzy na mnie i prosi o dokument (o co mu chodzi?), zaczyna mi coś kołatać w głowie, że chodzi mu o mandat a adresatem mandatu jestem ja, dlatego zaczynam mówić, ale to chyba tylko pouczenie prawda? nie nieprawda odpowiada, więc się pytam ale jak to? bardzo głupie pytanie myślę sobie w głowie, ale tu nie chodzi o mądre czy głupie pytania tylko o to aby się odczepił. odpowiada, że tu nie wolno palić, to ja mu mówię, że nie wiedziałem i się pytam gdzie można. patrzy na mnie jak na idiotę, a ja pewnie wyglądam na idiotę bo jest 7.15 i najchętniej to bym poszedł spać, ale ten baran ciągle patrzy i jakby od niechcenia zaczyna mówić.

bo widzi pan na peronie pierwszym może sobie pan palić gdzie się chce, na drugim palić nie można pod dachem, ale można tam za dachem, akurat nad panem jest dach, więc pan podlega karze, widzi pan o tam jest tabliczka (tabliczka oczywiście była zardzewiała i wisiała nad odrażającym plakatem wyborczym), jest jeszcze trzeci peron, a na nim w ogóle nie można palić. nie mogę dać panu upomnienia, ja rozumiem, że mógł pan nie wiedzieć, ja rozumiem, że pan jest student i że może pan nie mieć pieniędzy ale prawo jest prawo, pan musi zrozumieć również i mnie. ja panu coś opowiem, wczoraj jechałem samochodem i zapomniałem zapalić świateł, no każdemu może się zdarzyć, rozumie pan? no więc jadę i w pewnym momencie policja do mnie zatrzymać się i tak dalej według procedury. więc się zatrzymuję i widzę znajomych policjantów, dodam, że w zeszłą sobotę coś tam razem piliśmy, no nieważne co. mówię więc Zdzisiek weź się opamiętaj! noo! i widzi pan, nie było zmiłuj, nieważne, że ja ich znałem, nieważne, że kumple, dostałem 200 złotych i do domu na zapalonych światłach. i ja sobie tak pomyślałem, że ja już nie będę taki dobry, że też nie ma zmiłuj, że nie ma upomnień i w ogóle gadania. nieważne czy ktoś ma rację czy nie, pan widzi prawo to prawo.

pan nie musi płacić dzisiaj tego, pan ma na to powiedzmy miesiąc, bo tyle mi zajmie wypełnienie blankiecików, ja panu to po dobroci mówię, bo według prawa pan ma 7 dni roboczych, ale pan wygląda na miłego chłopaka i ja rozumiem, że pan może nie mieć pieniędzy. niech pan nie myśli, że ja się mszczę, o nie nie! nic z tych rzeczy.

-dziękuję.

na pociąg zdążyłem.
sobota, 24 września 2005
clubbing cz. 2 (krótki epizod)
obudziłem się kiedy kolega krzyczał co ty robisz!?! i wtedy zobaczyłem jak pusta butelka po piwie robi trzeci obrót w powietrzu. leciała w kierunku okna na drugim piętrze, a rzecz działa się na mariensztacie, butelka trafiła we framugę, rozprysła się a my zaczęliśmy biec.

myślę że byliśmy pijani bo coraz głośniej rozmawialiśmy i zaczęliśmy już czytać swoje wiersze, te słabsze wiersze. zaczęliśmy już sikać w namiocie jednego z wystawców, z którego często kpimy, lubimy kpić choć wiemy, że jesteśmy zera. rzecz się działa na mariensztacie i naprawdę tego dnia wypiliśmy sporo piw.

obudziłem się po raz drugi i powiedziałem na głos myśl, a może clubbing? kolega powiedział, że okej, że dobra tylko, że on nie ma kasy. powiedziałem mu że nie potrzebujemy kasy, wejdziemy za darmo. ale jak? coś mu odpowiedziałem, pewnie myślał, że jestem popierdolony, tak miał rację byłem pijany.

szliśmy w kierunku placu teatralnego, głośno rozmawialiśmy i śmialiśmy się, mieliśmy bardzo dobre humory. zmysł estetyczny również nie cierpiał na brak wygód, trasa którą szliśmy obfitowała w piękne budynki, które lśniły, lśniły w świetle latarń. i było cicho, nikt nie zwracał na nas uwagi bo nikogo nie było na ulicach.

w dali usłyszeliśmy muzykę, zbliżaliśmy się do klubu. pod klubem zorientowaliśmy się, że rzecz nie jest prosta. stanęliśmy koło stolika, stał tam również pełny smirnoff ice, wyciągnąłem słomkę i przywłaszczyłem sobie ten smaczny napój. pomyślałem to może pomóc, będziemy wyglądali jakbyśmy wyszli na chwilę na zewnątrz żeby się przewietrzyć i zaraz wracamy do środka. dla podwyższenia realności wziąłem komórkę i zacząłem wykonywać fikcyjny telefon do znajomego, namawiałem go aby do nas dołączył, że w tym klubie jest fajnie i w ogóle. kiedy prowadziłem fikcyjną rozmowę podszedł do nas bramkarz i powiedział: chłopaki nie wejdziecie, impreza zamknięta. to był moment kiedy pomyślałem walić to! idę spać, ale nadal prowadziłem fikcyjną rozmowę aby nie wyjść na idiotę, mój kolega był pewien, że była to autentyczna rozmowa telefoniczna.

wyszliśmy, nie byliśmy i byliśmy podłamani pierwszym niepowodzeniem, trzeba być jednak optymistą, mamy piękny ciepły sierpniowy wieczór, wszystko musi się udać! tak naprawdę to nie wiem gdzie jesteśmy, piękne ulice nie przypominają mi warszawy, szyby śpiewają jak w paryżu, nie wiem gdzie jestem ale chcę tu zostać!

znów słyszymy muzykę przed nami kolejny klub w ręku nadal mam smirnoffa w drugiej ręce mam swoje wiersze, podejście numer dwa. podchodzimy od razu do bramkarza, tłumaczymy mu, że piszemy wiersze, że właśnie trwają manifestacje poetyckie, że jutro jest konkurs i że bierzemy w nim udział i w ogóle to możemy mu poczytać. powiedział okej czytajcie i zaczęliśmy to robić. zza chmur wyszedł księżyc. bramkarze okazali się świetnymi słuchaczami, zaczęliśmy z nimi rozmowę, jeden z nich skończył nawet akademię teatralną, a drugi rozmawiał z moim kolegą i nawet nie wiem o czym. rozmowa się kleiła i trwała coraz dłużej, w końcu ten z którym gadałem powiedział: wyrzuć smirnoffa bo tego tu nie sprzedajemy i szef mnie wywali jak z tym was spotka i właźcie za free, miłej zabawy! dziś sobie przypominam, że chyba obiecałem mu rolę w sztuce teatralnej.
1 ... 26
 

Kontakt