RSS
czwartek, 18 stycznia 2007
Kupując kota w worku - Wydawnictwo Otwarte

Mamy XXI wiek, w Polsce od ponad 16 lat panuje kapitalizm, a co za tym idzie – wolny rynek. Nasze rodzime przedsiębiorstwa imają się coraz ciekawszych i odważniejszych sposobów by pokonać konkurencję. Również działania marketingowe zaczynają być coraz bardziej interesujące. Reklamują się już nie tylko ogromne korporacje usługowe, marketing dzisiaj wkrada się nawet do szkół czy osiedlowych bibliotek. Nic dziwnego, że na polu wydawnictw książkowych kwitnie coraz więcej marketingowych kwiatków.

 

Do tej pory polskie wydawnictwa ograniczały promocję swoich książek głównie do wieczorów autorskich czy wywiadów i recenzji w prasie. Od niedawna reklamy promujące książki zaczęły pojawiać się również na billboardach (pierwszym wydawnictwem było Amber) jak i nawet w telewizji (tu rzec jasna rzadziej ze względu na ogromne koszty). Sposobów na reklamę jest multum, w przyszłości postaram się napisać jak promowane były największe gwiazdy polskiego rynku wydawniczego, a dziś skupię się jedynie na pewnej stokrotce z naszej łąki.

 

Bohaterem njusa jest młode, krakowskie Wydawnictwo Otwarte. Do księgarni wchodzimy, widząc wywieszkę „otwarte”. W Internecie otwieramy strony, które nas interesują. Przyjaciół przyjmujemy z otwartymi ramionami i cenimy ich, bo możemy się przed nimi otworzyć. Jeśli chcemy powiedzieć coś ważnego, mówimy to otwarcie. Wydawnictwo, jeśli się nie mylę, ma niespełna rok i od początku swojej działalności wzięło się ostro do pracy.

Chcemy wydawać tylko takie książki, które niezliczonym rzeszom czytelników sprawią niekłamaną przyjemność i na które czeka się z niecierpliwością. Chcemy wywołać u odbiorców wiele silnych, pozytywnych wzruszeń. Chcemy, drodzy Czytelnicy, żebyście się razem z nami śmiali, bali, złościli, płakali, a przede wszystkim dobrze bawili.Nie znamy gotowych recept na poczytne książki, ale wiemy, że autorzy mają mnóstwo pomysłów i niejeden z nich zawiera materiał na bestseller godny Carlosa Ruiza Zafóna, Stephena Kinga czy Danielle Steel. Pamiętamy też, że to czytelnicy zawsze wybierają najlepiej!

Powyżej kursywą przekleiłem zdanie „o nas” ze strony wydawnictwa. Już po powyższym widać, że redakcja nie ma ambicji, by wydawać książki wybitne, innymi słowy wydają by zarobić, szukając polskich odpowiedników Daniele Steel czy J. Grishama. Nie mówię, że jest to złe, bo przecież na rynku jest miejsce dla różnej literatury. Tak jak wspomniałem redakcja wzięła się mocno do pracy, dzięki wydawnictwu możemy przeczytać debiut książkowy Agnieszki Maciąg (tak, tej modelki) czy debiut współscenarzysty popularnego serialu „M jak miłość” oraz kolejną książkę Martyny Wojciechowskiej. Osobiście mam nadzieję, że wydawnictwo wkrótce wyda kilkutomową powieść scenarzysty innego popularnego serialu, również na „M” czyli „Mody na sukces”, bądź kryminał Dody.

                    

Jednakże oprócz wydawania książek wydawnictwo dba o promowanie książek, i o ile dobór autorów może się nie podobać to na płaszczyźnie promocji warto redakcję docenić. Najnowsza książka, kryminał Sue Crafton o niezwykle oryginalnym tytule – „C jak cisza”, jest sprzedawana – uwaga! – w czarnym worku! Pomysł iście ciekawy i na pewno wart opisania, aż boję się pomyśleć kolejnych inicjatyw - wolna pozostaje choćby trumienka.

     

Kończąc, chciałbym życzyć wydawnictwu wszystkiego dobrego,  na pewno będę z ciekawością śledził jego losy na rynku wydawniczym, mając nadzieję, że oryginalne pomysły się nie skończą. Osobiście mam trochę żalu, że w czarnym worku nie wyszła książka choćby Świetlickiego, którego humor i tematyka jak najbardziej pasowałaby do takiej formy wydania.

środa, 17 stycznia 2007
Transylwania, Tony Gatlif



Znowu filmowo – ale cóż.. po prostu musiałem. Zacznę trochę na opak – od kiedy zobaczyłem ten film, namawiam Ag na wycieczkę do Rumunii – namawiam jest chyba niewłaściwym słowem - Ag co kilka dni słyszy o rosnącej z minuty na minutę fascynacji tym krajem. A ja żyję żyję tym filmem – a wszystko przez Tony Gatlifa – ciekawą wyspę na archipelagu reżyserów europejskich.


Tony Gatlif – cygański wodzirej francuskiego kina, wrócił z kamerą do Rumunii (wcześniej nakręcił tam podobno genialny Gadjo Dilo), co najważniejsze wrócił z klasą. Gwarantem jego filmów zawsze była muzyka, w Exils jeden z bohaterów mówi: „Moją religią jest muzyka”, w późniejszych wywiadach reżyser podkreśla, że to zdanie mógłby wypowiedzieć on sam. I w Transylwanii muzyka jest na najwyższym poziomie, kamera porusza się w jej rytm, widzowie poruszają się wraz z nią, a przy okazji mogą śledzić niesamowite ujęcia nowego członka UE. Muzyka rzec jasna jest typowa dla tego kraju, czyli głównie cygańska, dobrze znana reżyserowi. Dla polskiego widza, film nabiera dodatkowych smaczków – Romowie ostatnio byli u nas wyraźnie napiętnowani – przysłużyło się temu oskarżenie o pedofilię Roma z Opolszczyzny.

- Co zrobiłaś, że znalazłaś się aż tutaj?

Wyobraź sobie co chcesz, ja zrobiłam to wszystko.

Tuż po wypłynięciu oskarżenia do polskich kin trafia powyższy film. Film, który pokazuje jak czerpać radość życia, ukazuje wolność i asertywność, tańce i swawole – rzeczy o których coraz więcej osób zapomina. Siedząc w kinie czułem pewną tęsknotę za takim koczowniczym życiem, za wyzwoleniem się z codziennych trosk. Gatlif przemyca do filmu sposób bycia, o którym społeczeństwo Europy Zachodniej tylko słyszało – nie ma tu ścieżek do sławy i pieniędzy, jest za to hulanka emocji, życie na fali z muzyką i zabawą do rana. Wszystko łamie się na ostrzu brzytwy przechyla nas raz na prawą krawędź by po chwili wywrócić na lewą. Jest tu miłość nieznająca żadnych murów, za którą warto pokonać setki kilometrów tylko po to by usłyszeć, że druga osoba nie chce mieć z tobą nic wspólnego. Jest tu miłość do wolności, do budowania własnych dróg na skalistych i zmrożonych wzgórzach Transylwanii.


Jest tu również niesamowity Birol Ünel, aktor, którego prawdziwy kinomaniak powinien pamiętać z Głową w mur Fatiha Akina – turecki artysta nie zawodzi, gra na swoim wysokim poziomie. Niezależny, przez cały czas lekko pijany pokazuje nam duszę Rumunii, jej ciemne i jasne strony.


Kończąc, jeżeli drogi czytelniku masz okazję obejrzeć ten film to nie marnuj jej, uwierz na słowo – warto.


Sam Gatlif o muzyce w filmie jak i o samej Transylwanii: Muzyka może być demoniczna i może wyssać z ciebie życie jak wampir, jak narkotyk. Wtedy staje się męcząca, może człowiekiem zawładnąć i opętać. Podczas najważniejszych uroczystości transylwańscy Cyganie wpadają w trans. (..)W Transylwanii taniec wypełnia całą pierwszą część filmu, w drugiej części jego miejsce zajmuje trans. Trans różni się od tańca tym, że kroczy różnymi ścieżkami. Egzorcyzmy również pochodzą od tego zjawiska: trzeba wniknąć w kogoś bardzo głęboko i odważyć się pokazać to wszystko, co skrywa się na dnie jestestwa. Zingarina przez egzorcyzmy doświadcza oczyszczenia. Po tym doświadczeniu przez chwilę wydaje się być pozbawiona łączności z rzeczywistością, a potem pozwala porwać się życiu i znowu wyrusza w drogę.


I o Rumunii: To ziemia zmasakrowana przez totalitaryzm, gdzie drogi przebiegają przez nierzeczywisty krajobraz elektrowni, pustych fabryk, betonowych budynków, wciąż niedokończonych od czasów upadku Ceausescu. To wszystko tworzy nierealną atmosferę, która dodaje temu krajowi tajemniczości. Teraz nie straszą tu zamki górujące na szczytach wzgórz, nawiedzone przez Draculę, ale właśnie ten stalinowski, przemysłowy krajobraz, który ciągnie się wzdłuż drogi. To jest prawdziwa magia dnia dzisiejszego.


Na koniec tradycjnie linki i trailer:


Polska strona filmu

Biografia Tony Gatlifa


1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 26

Kontakt