RSS
sobota, 13 stycznia 2007
Nowy salq.blox.pl

Kochani!

Wpisem o sylwestrowym Lwowie postanowiłem reaktywować mojego bloga. Zmieni się wiele, by nie powiedzieć, że wszystko – uformuje się nowy kształt, zmieni się konsystencja. Salq.blox.pl będzie głównie o kulturze. Kulturze przez różne k, począwszy od dużego K po malusieńkie k. Update’y będą raz częściej raz rzadziej – postawiłem sobie jednak cel minimum – 4 wpisy w miesiącu. Wszystko zależy od wolnego czasu – będę jednak się starał utrzymać formę i ustabilizować częstotliwość pojawiania się nowych notek.

Oczywiście nie zamykam nikomu drzwi, chętni do współpracy niech przysyłają ciekawe artykuły/felietony na adres siekoo@gmail.com. Liczę na zainteresowanie, mam nadzieję, że bloga w nowej postaci będzie się dobrze czytało. Jestem żądny wrażeń, osoby, które chcą podzielić się wrażeniami niech piszą komentarze bądź maile.

Pozdrawiam
salq

piątek, 05 stycznia 2007
Sylwester Lwów - wstępna impresja

Czytam. Niedbale wgryzam się w kolejną stronę, chrupkie słowa z dodatkiem mandarynkowej herbaty - mielę i połykam. Po chwili biorę rękę Ag, odkładam strawę, na dziś starczy. Ubieramy się, czekam na Ag i wychodzimy – załadowani i najedzeni - niesiemy walizki do tramwaju, później przesiadamy się w autobus, aż docieramy na Dworzec Zachodni. Podróż na sylwestra we Lwowie czas rozpocząć.


17 godzin wyprawy na wschód, pociąg z przesiadką w Łańcucie jest pełny, noc w Łańcucie jest piękna, ziemia pachnie świeżym śniegiem, poczekalnia śmierdzi podróżnymi i kloszardami. O siódmej jesteśmy w Przemyślu, o dziewiątej mamy autobus ukraińskiej komunikacji dalekobieżnej. O 14stej czekamy pod katedrą we Lwowie na naszego człowieka, który ma nas dowieźć do mieszkania – przychodzi. Jest zimno, momentami nawet bardzo zimno. Jest tłoczno, bardzo tłoczno. Palimy pierwsze w tym miesiącu ukraińskie papierosy, pierwsze w tym roku Camele Lighty – zaciągam się zimnym powietrzem i ciepłym dymem, zaciągam się tobą Ukraino.


Nasze mieszkanie stoi na końcu świata, na końcu Lwowa, nasze mieszkanie w starym komunistycznym bloku z płyty nie do końca nas cieszy. 35 minut od centrum, 7 dolarów za noc. Zapalam papierosa, cena topnieje do 5 dolarów, są nerwy, boli mnie głowa, jest nerwowo w ogóle – marzę o szklance ukraińskiej wódki – rzucamy torby i jedziemy do centrum.


Restauracja uzbecka, kelnerzy, którzy starają się być profesjonalni, a wychodzi jak w krzywym zwierciadle, dania uzbeckie i butelka wina z Krymu. Bawimy się, schodzi z nas powietrze, jest coraz weselej. Zjedliśmy – czas zmienić miejsce, na kultową dla nas knajpkę/klub „Lalka” – palony i palący absynt płynie w żyłach, absynt inaczej przyrządzany niż u nas w Polsce, niż na Słowacji czy Czechach. Podpalamy kieliszek, przelewamy płonącą ciecz do szklanki, po czym kieliszek przykrywamy szklanką. Ciecz gaśnie, opary kładziemy do góry nogami w szklance na chusteczkę przebitą słomką. Wypijamy rozgrzaną ciecz z kieliszka, wdychamy opary przez słomkę. Staramy się oddychać, szukamy powietrza, obrazy się rozmywają, siadamy.


Prospekt Swobody wita turystów – sylwester zaczyna się 30ego grudnia a kończy się nocą 1szego stycznia. Wszędzie słychać huk petard, niebo co chwilę się rozjaśnia i gaśnie, ludzie są weseli, dookoła choinki Ukraińcy tańczą kaczuszki i śpiewają, czuć alkohol, czuję alkohol w sobie, pomimo zimna czuję ciepło, czuję Ag.


W mieszkaniu odkrywamy ukraińskie mundury, wszystko oprócz broni – kurtki, marynarki, spodnie, czapki. Impreza trwa dopóki nie padamy ze zmęczenia.


Otwieram oczy, przekrwione oczy, masuje roztrzęsione ręce. Z trudem odszukuję łazienkę, próbuję się myć. Budzę się, jest zimna woda, ciepłej nie ma – później się okazuje, że ciepła woda będzie dla nas czymś takim jak dla podróżującego pustynią woda w ogóle. Po powrocie policzyliśmy czas jej bycia – wyszło 10 sekund.


Śniadanie w ulubionej knajpie „Toronto”, ulubionej bo robią pyszną kawę z mlekiem – po ukraińsku ‘kapuczino’. Leniwy poranek, za oknem śnieg, siedzimy, śmiejemy się, badamy co znaczy wolność, jemy naleśniki z szynką i serem, potem serowy tort o smaku cytrynowym. Jemy dużo i powoli przełykamy każdy kęs, czeka nas dzień pełen zwiedzania zakończony imprezą sylwestrową.


Cmentarz Łyczakowski, starówka, katedra ormiańska – miejsca obowiązkowe. Temperatura zdecydowanie na minusie, Ag marznie, ja marznę. Na cmentarzu Orląt Lwowskich spotykamy prezesa fundacji Polaków we Lwowie, a zarazem opiekuna cmentarza. Opowiada nam historię cmentarza, mówi o sytuacji Polaków. Jest to pierwszy Polak na Ukrainie, który nie prosi nas o pieniądze, dajemy na cmentarz z własnej nieprzymuszonej woli. We Lwowie Polak ma różnie, potrafi mieć nieźle, zależy od zapału, na ogół jednak Polak żebra. Prezes dostaje ukraińską emeryturę, bo Polak ma jak Ukrainiec, nie gorzej ani nie lepiej. Emerytura to odpowiednik naszych 280 PLN.


Zbliża się wieczór, jesteśmy najedzeni i zajęci szukaniem lokum na imprezę. Ostatecznie lądujemy w lodziarni Pingwin w samym centrum Lwowa. Niech was nie zmyli nazwa, w lodziarni pija się wódkę, wiele osób pije pod lody, wódka jest tu głównym spożywanym towarem. Wódkę można również wnosić, tak też zrobiliśmy. Nemiroff na brunkach rozpływa się w nas, a my w nim. Później lądujemy pod sceną, na scenie szaleje Miss Ukrainy śpiewając taneczne przeboje. Na scenie szaleje dwójka bliźniaków – dwóch janosików od wszystkiego – śpiewają, tańczą, rapują, momentami tańczą w breakdancowym klimacie – są gwiazdami, razem z reklamowaną średnio co pół minuty wódką Hortensja. Na koniec konferansjer życzy tankowania cały rok – a niech tam! Juszczenko przez telebim pozdrawia Polaków, a my wśród tłumu ich wyławiamy. Bawimy się, tańczymy, wkraczamy na klepisko gdzie rozkręcamy imprezę.


Budzimy się w łóżkach, odszukuję pigułki na bolącą głowę. Ostatni dzień we Lwowie. Dzień snucia się po ulicach bez planu. Oglądamy dworzec, trafiamy na knajpkę Polakie, gdzie pijemy wódkę pod ogórki, a goście oglądają na telewizorze-automacie bajki z Tomem i Jerrym i puszczają z telewizora-automatu 5nizzę, śpiewamy. Włóczymy się, jest nam dobrze, lądujemy w Lalce, bo tak należy pożegnać Lwów – absynt znów płynie w nas. Później szukamy z Ag wołgi i spotykamy znajomych, lądujemy u nich, wychodząc spotykamy kolejnych. Na koniec znajdujemy wołgę. Kierowcy nie sposób zrozumieć, twardy wschodniopołudniowy akcent. A już rano powrót.


Powrót bez przygód – kierowca typowy dla Ukrainy uwielbia gnać przed siebie pasem pod prąd. Gnać i liczyć pieniądze, gnać i zmieniać karty sim w telefonach, gnać i rozmawiać przez telefon. Czujemy się bezpiecznie, takich Ukraińców znamy – typowy ukraiński Wasyl przewozi nas ładą przez granicę. Po chwili znów Przemyśl – mamy 4h na zwiedzanie. Jemy śniadanie w przykolejowej knajpce i wyruszamy przez kościoły na zamek.


2 razy zaspałem do pracy, z czego raz porządnie, tak, że mogłem w spokoju napisać ten reportaż. Ag mnie przytula, możemy spokojnie leżeć i dopiero od jutra zacząć wyścig po Warszawie. Pewnie jutro go zaczniemy..

Kilka zdjęć Lwowa sylwestrowego również tutaj:
http://fotoforum.gazeta.pl/72,2,91,54986065,54986065,0,2.html?v=2

Alternatywna relacja z wyjazdu pod linkiem poniżej:
http://sokratesljoekelsoey.blox.pl/html



1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 26

Kontakt