RSS
poniedziałek, 04 września 2006
Ścierając swe serce we Lwowie - część 2

I było ciemniej, z każdą minutą coraz bardziej, deszcz przestał już padać. Pod nogami pozostały tylko szybko wysychające kałuże. We Lwowie deszcz, nawet taka ulewa jak ta, nie pozostawia po sobie śladów zbyt długo. To była nasza pierwsza noc w tym mieście, pierwszy nocny spacer, nie spaliśmy już od ponad doby (nie licząc drzemki w pociągu). Wpadliśmy na pomysł aby jeszcze trafić dziś do jakiegoś klubu, zaczęliśmy poszukiwania. Trafialiśmy w najróżniejsze miejsca, niektóre przypominały krakowskie sukiennice, inne miejsca, które od tego momentu miały nam się kojarzyć wyłącznie ze Lwowem. Zaglądaliśmy do różnych knajp, jedne były bardziej europejskie, drugie bardziej egzotyczne. W jakimś całodobowym zakupiliśmy piwa i słodycze, potrzebowaliśmy energii, coraz bardziej oddalaliśmy się od centrum. Niektóre ulice były kompletnie nieoświetlone, brak latarń i świateł samochodów, nie wiedzieliśmy gdzie jesteśmy. W naszych głowach ciążył nam pewien mit – bo przecież na Ukrainie kradną, być może i my staniemy się ich ofiarami.. Mit obaliliśmy, miasto jeżeli chodzi o bezpieczeństwo przypomina Warszawę, jak masz pecha to coś stracisz, my mieliśmy szczęście, we Lwowie nikt nam nic nie zabrał ani nas nie pobił.


W pewnym momencie doszliśmy do wniosku, że należy wracać, bez mapy bądź przewodnika klubu nie znajdziemy. Tylko gdzie my teraz jesteśmy i gdzie jest nasz hotel? Po chodniku szła jakaś piętnastoletnia dziewczynka, czy to nie za późno by tak samotnie chodzić po mieście? S. podszedł, zaczął się wypytywać - standardowo, no English, polski też nie. Biedna dziewczynka się wystraszyła, już zrywała się do ucieczki, gdy S. jako ostatnią deskę ratunku rzucił: „cyrk!” – koło cyrku znajdował się nasz hotel. Dziewczynka wiedziała! wytłumaczyła nam drogę, po czym szybko czmychnęła. A my, bez większych przygód trafiliśmy do pokoju, gdzie walcząc ze zmęczeniem staraliśmy się pić i rozmawiać – po chwili odpłynąłem z otwartym piwem w ręku.


Sobotni poranek, wstaliśmy dość wcześnie, poranna toaleta i poranny prysznic. Tej ostatniej czynności chciałbym poświęcić krótką chwilę. Prysznic w hotelu Arena jest wyjątkowym przeżyciem, kosztuje dodatkowe 3 hrywny i mieści się w piwnicy. Schodząc czujemy się jak przy zejściu do kotłowni, prawdopodobnie istotnie gdzieś tam takowa się znajduje. Wchodzimy w tę ciemność i szukamy światła, znajdujemy. Przed nami obraz mocno archaicznej łaźni, coś wspaniałego. Pamiętajmy o klapkach, bo bez nich możemy złapać niechcący jakąś chorobę. Będąc pod strumieniem wody dostrzegamy lekki grzybek na podłodze, ale nas już to nie obchodzi, serce się nam cieszy, bo jest ciepła woda!


Na dworze nie ma śladu po wczorajszym deszczu, jest piękne sierpniowe przedpołudnie, na niebie nie widać najmniejszej chmurki. Pogoda zachęca nas do spaceru i zwiedzania. W słoneczny dzień Lwów robi jeszcze bardziej oszałamiające wrażenie, piękna architektura, większość budynków gustownie zdobiona, na co drugim jakaś płaskorzeźba, coś niesamowitego. Tak spacerując dochodzimy do Uniwersytetu Lwowskiego, oczywiście ładny, oczywiście zdobiony i tak zaczynamy myśleć, że życie potrafi być piękne, i coraz realniej myślimy o kupnie mieszkania. Razem z S. zaczynamy wyliczać ile czasu zajęłoby nam kupno lokum w tym mieście. Idziemy dalej i nieopatrznie znajdujemy miejsce na nasze śniadanie. Pizza Toronto, z czerwonym ogródkiem, który mi osobiście kojarzy się z Włochami. Zajadamy miejscowe placki, a nasi sąsiedzi pomimo wczesnej pory delektują się karafką Perlovej, szeroko reklamowanej na Ukrainie wódki. Panowie w garniturach załatwiają interesy, widocznie w tym kraju dżentelmeni pijają alkohol nawet przed południem.

Ten sobotni dzień wstrzyknął mi ogromną dawkę optymizmu i radości. Mój chód stał się zdecydowanie lżejszy, na tyle lekki, że dosłownie wbiegłem na pobliską górę. Ten sobotni dzień dał mi płytę 5nizzy, najfajniejszego ukraińskiego zespołu. Chciałbym jeszcze spacerować, jeszcze się bawić i patrzeć jak miasto mnie mija na ulicach. Popołudniu spotkaliśmy resztę grupy, która tego dnia dojechała. Po chwili siedzieliśmy wspólnie w knajpie Lalka, która mieści się w podziemiach teatru lalek. Undergroundowy klimat, ściany ozdobione obrazkami mechanicznych lalek, abstrakt i elektronika, i tanie piwo. Czego chcieć więcej? Po chwili wtłaczamy w siebie absynt, wdychamy jego opary i lądujemy na krzesłach. Zagryzamy to słoniną w czekoladzie. Moment później razem z K. i K. siedzimy na murku z piwem, mija nas policjant, który nie może nas za to ukarać, siedzimy i fristajlujemy, zaciągamy się dymem i lądujemy znów w Lalce. Później tańczymy capoeirę, tańczymy również normalnie, pijemy, bawimy się w najlepsze pomimo, że dochodzi dopiero ósma. Później grupa dojazdowa nas opuszcza, idą spać, a my kierujemy się w stronę upragnionego klubu.


Klub nazywam się Millenium, pod klubem stoją same mercedesy i bmw, wysiadają z nich piękne kobiety. Stoimy tak i patrzymy, z zewnątrz klub wygląda mało ciekawie, dlatego jesteśmy w szoku, że wejście kosztuje 30 polskich złotych, jak Ukraińców stać na to?!? Długa narada, wchodzić czy nie? I były kłótnie, zdążyłem wypalić pół opakowania papierosów, były ucieczki i powroty, lecz w końcu znaleźliśmy się w środku. Miejsce to może pomieścić około 5 tysięcy osób, najpierw wita nas sala bilardowa wielkości średniego warszawskiego klubu, dalej idąc za tłumem, po schodach docieramy do ekskluzywnej restauracji – red room – po lewej zaś green room. Przedzierając się przez drzwi przed naszymi oczami ukazuje się dwupiętrowy klub z prawdziwego zdarzenia. Zajmujemy stoliki na samej górze i witamy cię wieczorze, całujemy cię w usta i po szyjach, zabaw się z nami, chodź i zatańcz!


Pijemy, bawimy się, palimy, ktoś się do nas przysiada, „ej bo słyszałam, że mówicie po polsku, jestem z górnego śląska, on też, cześć jestem Jowita” i już przypomina mi się książka, gdzie ta Jowita nie pozwalała jemu spać, i niszczyła go od środka, Jowita jedna wielka tajemnica. Nawet nie wiem kiedy zniknęła i kiedy zniknął jej towarzysz. S. pokazuje mi jakieś Ukrainki i obaj wiemy, że przyszły tutaj z facetami. Hi my name is.. Faceci gdzieś poszli, po chwili nikt nie pamiętał, że jacyś byli, byliśmy my i one, czysta zabawa. Na szczęście jedna z nich umiała angielski, studentka anglistyki. Kiedy rozmowa nabierała tempa, kiedy klub zaczynał grać pod nasz rytm, zjawili się partnerzy i ich koledzy. Zatrzymajmy akcję – Lwów, klub Millenium, godzina 23:30, bohaterowie akcji S. M. M. S. oraz ośmiu Ukraińców plus 4 Ukrainki. Wznawiamy akcję, na starcie słyszymy groźby o ruskiej mafii, zaczyna robić się nerwowo, S. wstaje, ja nie: „stay here, please stay”, usłuchałem. 30 minut później S. pije z chłopakami wódkę, którą oni postawili, ja rozmawiam z nieznajomą o Polsce i Ukrainie a jej facet podejrzliwie na mnie patrzy. Siedzieliśmy tam do szóstej, siedzieliśmy wspólnie z nimi, okazali się naszymi rówieśnikami i z mafią mieli tyle wspólnego co my, choć zarabiają lepiej od nas :) Później wracaliśmy do hotelu taksówką z rozbita przednią szybą, ale byliśmy zbyt pijani aby mogło nam to przeszkadzać, usnąłem znów z piwem w dłoni.

piątek, 01 września 2006
Ścierając swe serce we Lwowie - część 1

O godzinie szóstej postawiłem stopę na peronie przemyskiego dworca, dziewięciogodzinna podróż pociągiem dobiegła końca. Bo to miało być tak, że Przemyśl służy tylko przesiadce, jednak dopadł nas głód i poszliśmy w miasto. Przed nami wyrosła dwumetrowa fajka i pan, który zaczął nam opowiadać jak to jest w Przemyślu – „miasto knajp i kościołów”, podobno zostały tylko kościoły.. Kilka minut później byliśmy na zamku, na wzgórzu, podziwialiśmy panoramę miasta. Objąłem S. i cieszyliśmy się jak dzieci, w powietrzu unosiły się nasze żarty, błyskała nasza kreatywność oraz flesz aparatu. Przemyśl jest uroczy, ludzie bardzo otwarci, a o siódmej rano ulice są ich pełne. S. zagadał ze starszą panią, pytał się o drogę, pytał się o to pół godziny, ale i tak poszliśmy swoją ścieżką.


Godzina 9:23 wsiadamy w autobus miejski, który ma nas zawieść na przejście graniczne w Medyce. Padało, bardzo mocno padało i mokliśmy, bardzo mocno mokliśmy. Paradoksalnie postanowiliśmy przejść granicę pieszo. Nim się tego podjęliśmy postanowiłem wzmocnić siły hamburgerem w przygranicznym barze. Atmosfera jak w od zmierzchu do świtu, jakiś gość bawi się pistoletem (S. twierdzi, że była to zabawka, a ja podejrzewam, że niekoniecznie). Dwójka kolesi w dresach skleja LMy niebieskie tworząc z nich dziesięciopaczkowe zgrzewki, imitacje firmowych kartonów, spieszą się, są jacyś tacy nerwowi, jednak czuć ich doświadczenie, robią to codziennie, rutynowe przygotowanie zestawów do sprzedaży. Przy barze jakiś gość żartuje sobie z barmanką, wyjmuje plik stuzłotówek i płaci jedną z nich za jedzenie. Siedliśmy w kącie, nie wiem jak reszta grupy, ja marzyłem o wyjściu stamtąd.



Piesze przejście graniczne, deszcz nie ustaje, czasami wzmacnia natężenie, przed nami w kolejce około 150 osób. Jest nerwowo, niektórzy na kolanach starają się przybliżyć do granicy, napierają, jesteśmy cali mokrzy i boimy się o pieniądze. Po drugiej stronie ogrodzenia stoją panie w ciąży, jednej z nich ciąża zjechała na biodra. Jesteśmy jedynymi turystami w stadzie mrówek, oni są w pracy, my na urlopie. M. mówi, że kręci się jej w głowie, jakiś nawrót klaustrofobii. Pomimo, że jest chłodno i pada, to w tym tłumie jest strasznie duszno. Chcemy już przejść, chcemy opuścić tę dzicz, tak bardzo chcemy to przyspieszyć, po 90-120 minutach udaje się.



Do Lwowa z granicy jest około 80 kilometrów, kierujemy się więc w stronę marszrutek – busów, które zastępują autobusy, jest to dość tani sposób komunikacji, jedynym minusem jest nieodłączny ścisk i zapachy ludzkich ciał. Idąc na postój zaczepia nas mężczyzna koło trzydziestki i pyta się gdzie jedziemy, czy do Lwowa, odpowiadamy, że tak, do Lwowa. Proponuje nam dowóz taksówką za 100 złotych, uśmiechnęliśmy się i stwierdziliśmy, że nie. Po kilkuminutowych negocjacjach jedziemy Oplem Astrą za 60 złotych z Wasylem. Na zewnątrz pada, czasem tak mocno, że widać tylko najbliższe 20 metrów. Ukraina wita nas chłodem i deszczem. Wasyl okazuje się bardzo rozmownym i sympatycznym człowiekiem, później okaże się, że to jest ukraiński standard. Rozmawiamy po polsku i jesteśmy zdziwieni, że nie jest to Polak, umiejętność rozmowy w naszym ojczystym języku opanował perfekcyjnie. W pewnym momencie huk, coś poszło w samochodzie, nie wiadomo co. Hamujemy, kur.. – Wasyl reaguje nerwowo, okazuje się że odpadło nam lusterko od strony kierowcy, szukamy go jadąc na wstecznym, znajdujemy. Lusterko okazuje się całe i ląduje pod moimi nogami, jedziemy dalej. Reszta grupy śpi sobie smacznie na tylnich siedzeniach, my z Wasylem zaczynamy rozmowę o polityce. Najpiękniejsze jest to, że czasem jedziesz 5-10 kilometrów i jesteś jedynym samochodem na drodze, czułem się jakbym podbijał nieznane ziemię, takie kolumbowskie uczucie..



Po ponad godzinnej podróży dojeżdżamy pod hotel – „Arena” najtańszy i najbardziej obskurny hotel Lwowa, w sam raz dla nas – studentów. Żegnamy się z Wasylem i umawiamy na powrotną podróż za 3 dni. A teraz witamy cię Lwowie, pokaż co dla nas masz! W recepcji udaje się nam wziąć 2 pokoje. Idziemy z kluczami zmęczeni ale i zarazem spełnieni, wreszcie! Po otwarciu drzwi patrzymy na nasze lokum – poobdzierane ściany, z których odpada tynk, mocowania firan poprzyklejane do ściany na taśmę, aby nie odpadło, dwa łóżka, dwa stoliki, szafa i fotel. W kącie jest umywalka, podchodzimy do niej i z ulgą stwierdzamy, że jest woda. Największą radość osobiście sprawiły mi kontakty, w których był prąd – straszono nas, że niekoniecznie tak musi być. Od razu podłączam swój telefon i czas moi drodzy zwiedzać!



Na dworze nadal pada, ale jakby już tak bardziej leniwie, tak, że można obyć się bez parasola, co jakiś czas deszcz ustaje, czasem mży. Nasze brzuchy proszą o jedzenie, byłem pewny, że pomimo naszej marudności co do knajp, to na pewno wejdziemy do pierwszej napotkanej. I tak też się stało, knajpa przy ulicy Gorodzkiej. Zamawiamy pizze i pierwsze tego dnia piwa. Bar zdecydowanie lokalny, nastawiający się na miejscową klientelę, czyli bardzo klimatyczne miejsce. W kącie siedziała 70letnia szefowa, lekko przygarbiona pani, która ciągle coś liczyła w swoich zeszycikach. Dookoła nas Ukraińcy, jakaś para wchodzi i siada ze swoimi piwami i zamawia pizzę, a my w tym czasie posilamy się, by mieć siły na dzień wypełniony zwiedzaniem..



Lwów jest niesamowitym miejscem, ulice wypełnione na przemian starymi ładami, wołgami, obok nich jeżdżą nowe mercedesy i bmw, wejście na ulice pieszego to zawsze walka, bitwa, w której naprawdę chodzi przetrwanie. Wchodzi się w każdym miejscu, trzeba przyspieszać, bo kierowcy również przyspieszają, o brak adrenaliny nie można narzekać. Obok ulic budynki.. i jakby ich nie opisać to skrzywdzę je, jedna wielka starówka, atmosfera, ten brak pędu, wszyscy się snują, tak samo deszcz, który powolutku pada na nasze ramiona. Idziesz i się do siebie uśmiechasz i już wiesz, że będziesz chciał tu zostać i zamieszkać. Nasze kroki zbliżają nas do Prospektu Swobody, najbardziej znanego miejsca Lwowa. Po kilkuminutowym spacerze docieramy na miejsce, przed naszymi oczami wyrasta opera. I nie wiem czy to zmęczenie ale zatyka mnie, coś wspaniałego, pięknego. Budynek z przełomu wieków 19stego i 20stego, dzieło sztuki i aż zaczyna nas korcić aby wejść do środka i obejrzeć jakieś dzieło sztuki na żywo. Pomimo deszczu Prospekt jest pełen ludzi, ogródki knajpiane pękają w szwach. Chodzimy, skaczemy, spacerujemy, cykamy fotki, jest genialnie. Prospekt jest otoczony bankami i hotelami, wszystko jest utkane przedwojenną architekturą, na codzień ławki wypełnione są starszymi grającymi w szachy oraz młodszymi pijącymi piwo. Tego dnia i jednych i drugich było trochę mniej, wystraszył ich deszcz, ci bogatsi siedzieli w okolicznych restauracjach, co się stało z biedniejszymi, nic nam nie było wiadomo.



W końcu nasze zmęczone ciała ubłagały nas na piwo w jednym ze wspomnianych ogródków, usłuchaliśmy ich połowicznie, dziewczyny wolały pójść i zbadać bliżej nam nieznaną przestrzeń Lwowa. Ja i S. wybraliśmy piwo, i myślę, że wybraliśmy dobrze. W restauracji było dość drogo ale umilała ją bardzo sympatyczna klientela, pan z Krakowa oraz piękne Ukrainki, którym posyłaliśmy życzliwe uśmiechy. Wielu klientów wybierało fajki wodne oraz waniliowy tytoń, jak się dowiedzieliśmy fajka może być również napełniana wódką lub szampanem, z zasady klient nasz pan. Koło nas usiadła rodzina, rodzice pili wódkę, 10letni syn dostał piwo. Było już ciemno, my byliśmy lekko zmęczeni i jeszcze lżej podchmieleni, wiedzieliśmy, że pójdziemy dłuższą trasą do hotelu, bo trzeba zobaczyć Lwów nocą.


Kontakt